środa, 1 października 2014

Wpis bardzo śliwkowy...

Bardzo się zaśliwkowałam... .
Sezon na śliwki, a w szczególności na węgierki już pomału dobiega końca. Wykorzystałam go jednak, zdążyłam. 
W tym roku węgierki - w każdym razie w mojej okolicy - miały cenę tak "sympatyczną", że kupiłam ich sporo i przetworzyłam.

Dżem - konfitura i śliwki w occie.

10 kg śliwek. Najpierw zabrałam się za przygotowanie śliwek na konfiturę.

5 kg śliwek umyłam i wypestkowałam.




Byle jak. I... do gara...




3 kg śliwek, które miały być zrobione w occie - nacinałam nożem...




i ostrożnie usuwałam pestki, po czym ciasno ułożyłam w słoikach. Do każdego słoika wrzuciłam jeden goździk.




Zabrałam się za smażenie konfitury...




Najpierw na bardzo dużym "ogniu", przez cały czas mieszając, aż do momentu, kiedy śliwki puściły sok.

Dodałam cukier - niezbyt dużo, bo nie lubimy słodkich konfitur - półtorej szklanki. Dodałam trochę (około pół łyżeczki) cynamonu (mielonego) - dla "podkręcenia" smaku.

Zmniejszyłam "ogień" i smażyłam śliwki dwie godziny, co chwilę podchodząc i mieszając od dna. Trzeba pamiętać, że konfitura po godzinie zaczyna przywierać... .




A potem... napełniłam przygotowane wcześniej, umyte i wyparzone słoiki, szybko zakręciłam i postawiłam do góry dnem do wystygnięcia - ja zostawiłam je na całą noc.

W międzyczasie, kiedy konfitury się smażyły, zagotowałam zalewę do śliwek:
2 szklanki wody, 
1/2 szklanki octu,
1/2 szklanki cukru.




W takich proporcjach (ja je podwoiłam - na trzy kg śliwek), zalewę zagotowałam i gorącą wlałam do słoików. Słoiki również szybko zakręciłam i również postawiłam do góry dnem do dnia następnego.




Kupiłam 10 kg śliwek, z pięciu zrobiłam konfiturę, z trzech - śliwki w occie. Zapytacie, a co z dwoma kilogramami?

Jeden kilogram przeznaczyłam na... próbną nalewkę. Dlaczego próbną? Bo nigdy takiej ze śliwek nie robiłam... . 

Kilogram śliwek oczywiście wypestkowanych wrzuciłam do dużego słoja (tego, który już znacie z moich poprzednich nalewek) i zasypałam pełną szklanką cukru. Zostawiłam na dwa dni, aby cukier zupełnie się rozpuścił.

Po tym czasie zalałam jednym litrem wódki. Bo to ma być taka... lekka naleweczka... dla pań... :-)

Słoik owinęłam folią aluminiową, aby nie dochodziło światło - mam nadzieję, że nalewka będzie miała piękny, "denaturatowy" kolor :-) 
Codziennie, dwa razy dziennie delikatnie mieszam drewnianą łyżką.
I niech się przegryza. Już stoi tydzień... może jeszcze jeden postoi... :-)

Zdjęć nalewki nie mam, ale jak już będzie gotowa, na pewno ją obfotografuję. 

Został jeszcze jeden kilogram śliwek... . Został wchłonięty przez moją rodzinę. Bo przecież węgierki to najlepsze śliwki... :-))


2 komentarze:

  1. Ale mi smaku narobiłaś, mniammm. :)) Pozdrawiam serdecznie. :)

    OdpowiedzUsuń

Komentuj... nie obrażaj... :-)