Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 listopada 2010

Zaduszki

Nie było takiej możliwości, żeby nie pojechać na oba cmentarze. I to koniecznie pierwszego listopada. Moja ukochana mama budziła nas o siódmej rano. Śniadanie już było naszykowane. Wyjątkowo do picia dla mnie - kakao. Gorące. Rodzice, jak zwykle pili herbatę z cytryną. A tak na marginesie - nie wiem skąd mama brała w tych okropnych czasach te cytryny... . 
Po śniadaniu już nie było czasu na kawę, taką świąteczną, "zasiadaną" wspólnie w salonie. 
Za chwilę we troje siedzieliśmy w samochodzie. Rozpoczynała się jazda na cmentarze. Długi czas jeździliśmy tylko na Bródnowski. Później jeszcze na Północny. Koniecznie jednego dnia. Żeby nikt nie poczuł się opuszczony, zapomniany.
Korki były już wtedy. Odwieczne kłopoty ze znalezieniem parkingu dla samochodu. 
Pamiętam donice z chryzantemami, znicze... . 
- A zapałki wziąłeś? - pytała mama.
- Tak, tak, mam. - odpowiadał tata.
Później jeździłam już tylko sama z mamą... .
Teraz, nie mam takiej możliwości, w tym dniu, pojechać na groby rodziców, dziadków.  W Dzień Wszystkich Świętych i w Dzień Zaduszny razem z moimi najbliższymi wspominamy tych, którzy odeszli. Przywołujemy ich obraz, zatarty przez czas. I znowu wraca ta myśl, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś... .

czwartek, 9 września 2010

Wspominam...

Zawsze telefonowała do mnie koło południa. Albo zaraz po. Nigdy wcześniej. Włączyłam mój telefon komórkowy. Dostałam wiadomość, że telefonowała tuż po dziesiątej rano. Wiedziałam, że się stało... .
Ojciec mojej Przyjaciółki był moim "drugim Tatą". Był wspaniałym, prawym człowiekiem. I mimo, że przecież i Jego trzy kobiety: żona, córka i wnuczka i ja, taka "przyszywana córka" wiedziałyśmy, że to niechybnie nastąpi, nastąpiło... za wcześnie.
I tak, kiedy odchodzi nagle - nie nagle bliska osoba, to to odejście nigdy nie jest w porę. Bo przecież chcieliśmy, żeby ta osoba  była, żeby jeszcze z nami pojechała do... , żeby jeszcze raz poszła w jakieś szczególne, zapamiętane miejsce, żeby jeszcze raz powiedziała..., żeby nakrzyczała, bo... , żeby spojrzała, żeby zrobiła jeszcze jeden, ostatni raz ten gest... .
I już wiadomo, że nie pojedzie, nie pójdzie, nie spojrzy, nie powie... .

 

sobota, 27 marca 2010

Lada dzień przyjdą Święta

W tygodniu poprzedzającym Wielki Tydzień moja mama szalała "sprzątaniowo". I chociaż zawsze panował niesłychany porządek, każdy przedmiot miał swoje miejsce, a o znalezieniu choćby pyłka kurzu nie było mowy, to ten tydzień wyglądał pod znakiem generalnych porządków. Okna, chociaż były czyste, znowu trzeba było myć. To jak okna, to oczywiście firany i zasłony. Niewidzialny kurz ścierany był po raz setny. Dywany wytrzepywane z własnej przędzy (czy jak to się nazywa?). I misterny plan zajęć na tydzień przedświąteczny. Bo choć zakupy z grubsza były już zrobione, to przecież jeszcze całe mnóstwo trzeba było dokupić. Ach, ile to razy ja biegałam do sklepu jeszcze po coś, bez czego ani rusz! Święta Wielkanocne były ulubionym świętami mojej kochanej mamy... . 

Jutro rozpoczynamy Wielki Tydzień Niedzielą Palmową. To dzień upamiętniający uroczysty i triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy. Tłumy witały Chrystusa jadącego na osiolku okrzykami Hosanna Synowi Dawida! i rzucali  Mu pod nogi gałązki palmowe. Na pamiątkę tego wydarzenia jutro pójdziemy z palmami do kościoła, aby je poświęcić. Zgodnie z tradycją, poświęconą palmę należy przechować do następnej Niedzieli Palmowej. Ma ona zabezpieczyć pokój domowi i jego domownikom. 

poniedziałek, 1 lutego 2010

PeKiN

Wizytówka stolicy, powstała w 1952 roku. Nie będę się rozpisywać przez kogo, dla kogo i po co Pałac Kultury i Nauki został wybudowany, bo to wszyscy wiedzą.
Moje pierwsze poważniejsze spotkanie z pałacem, popularnie zwanym "Pekinem" miało miejsce gdzieś, w okolicach szóstej klasy szkoły podstawowej, kiedy to razem z moją grupą baletową występowałam w Sali Kongresowej. Jako goście przybyli tłumnie wszyscy członkowie naszych rodzin, aby nas podziwiać i oklaskiwać. Tańczyłyśmy Poloneza Ogińskiego. Sam taniec przeszedł bez żadnych rewelacji, tak mi się wtedy wydawało, natomiast w pamięci pozostała mi... garderoba. A w szczególności panie charakteryzatorki, które uwijały się jak w ukropie. Wszak miały nas kilkadziesiąt do przygotowania do wyjścia na scenę. Pamiętam, dwie panie nakładały mi grubą maskę fluidu i pudru sypkiego, na rzęsach miałam tyle tuszu, że z trudem mogłam otworzyć oczy.... . 
Następne, pamiętne spotkanie, oprócz oczywiście jazd windą na 30 piętro na taras widokowy, których to było co najmniej kilkanaście, odbyło się na basenie. Zachciało mi się (też w szkole podstawowej) przystąpić do egzaminu na kartę pływacką. Chaos i hałas, jakie panowały przy basenie był niedoopisania. Jeden trener i chyba setka dzieciaków, spęd z całej Warszawy. Stojąc przy basenie, patrzyłam na słupki startowe i na trapolinę. 
- A jak on mi każe skoczyć z tej najwyższej trampoliny? - przemknęło mi przez głowę. Wstyd się przyznać. Uciekłam.
A później to już były koncerty w Sali Kongresowej, do której na występy przyjeżdzali światowej sławy wykonawcy muzyki przeróżnej, i mój ulubiony Teatr "Studio" założony przez Pana Szajnę w 1972 r. Magiczny teatr i zaczarowana scena. W żadnym innym teatrze nie było nigdy takiej wspaniałej atmosfery.
I jeszcze muszę koniecznie wspomnieć o wspaniałej restauracji "Trojka", serwującej rosyjską kuchnię. Wprawdzie bliny były lepsze zupełnie gdzie indziej, ale soljanka - najbardziej znana rosyjska zupa i barszcz z kołdunami - były tu "pierwsza klasa".

niedziela, 31 stycznia 2010

Po prostu rosół i ciut czubrycy

Pisałam już kiedyś, że mój tata jadł rosół ugotowany tylko na mięsie wołowym i z domowym makaronem. "Kurzy" rosół nie wchodził w ogóle w rachubę. Oczywiście w tamtych czasach nie było na rynku dobrych makaronów. Zarówno moja babcia jak i mama, makaron do zup robiły same. Ach, to był makaron... ! Ale, ponieważ nigdy nie przejawiałam chęci do pobierania nauk sztuki kulinarnej, nie nauczyłam się. I do tego jeszcze wrodzone lenistwo sprawia, że do rosołu podaję zawsze makron kupny. No, prawie zawsze. Bo skłamała bym, gdybym powiedziała, że  nigdy nie robiłam makaronu "dmowej roboty". Parę razy ten czyn popełniłam.
W takie zimne, śnieżne dni, nie ma nic lepszego ponad prawdziwy rosół. Spotkałam się kiedyś z tym, że pewna gospodyni domowa najpierw gotowała warzywa, a potem do tego wywaru dodawała mięso rosołowe. Moim skromnym zdaniem, to wbrew logice. 
Rosół gotuję najczęściej na skrzydłach kurzych. I tak, do zimnej wody wkładam trzy, cztery skrzydła uprzednio oczywiście umyte. Kiedy woda zaczyna się gotować, odszumowuję ją dokładnie i wrzucam włoszczyznę: kilka marchewek, dwie pietruszki, pół pora i połówkę selera. I jeszcze "to coś", co jest kwintesencją pysznego rosołu: bardzo dokładanie opalona, obrana cebula. To właśnie ta cebulka sprawia, że rosół jest aromatyczny i ma przecudny, złocisty kolor. 
Wrzucam dwie kostki rosołowe, trochę "Vegety" (i juz nie solę zupy), kilkanaście ziarenek pieprzu i ciut czubrycy zielonej.
Czubryca jest mieszanką ziół, charakterystyczną dla, wprawdzie, kuchni bałkańskiej, ale jakoś mi do tego rosołu po prostu pasuje. Są dwa rodzaje czubrycy: czerwona - ostra i zielona - łagodniejsza. W skład czubrycy zielonej wchodzą zioła: sól, natka pietruszki, czosnek, cebula, cząber, bazylia, tymianek, koper. 
Jeśli nie mam czubrycy, dodaję ciut, dosłownie szczyptę tymianku i bazylii.
Rosół gotuję na maleńkim ogniu, odrobinę odkryty, przez co najmniej półtorej godziny. Po odcedzeniu podaję go najczęściej z niemieckim makaronem "prawie domowym",  o nazwie "spaetzle". Wprawdzie te kupowane "nawet nie stały" obok prawdziwych, bawarskich spaetzli, ale właśnie te kupowane doskonale nadają się do rosołu.
I oczywiście nie zapominam o świeżym (teraz, w zimie - mrożonym) koperku. 

czwartek, 21 stycznia 2010

Dziadkowie

W dzieciństwie miałam to ogromne szczęście, że obie babcie i dziadek byli blisko. Drugiego dziadka nie znałam, "zmienił adres" jeszcze przed moim urodzeniem.
Każda babcia była inna. I chociaż to przecież były mamy moich rodziców, to każdą kochałam inaczej a każda z nich kochała inaczej mnie. Ale, dla obu byłam wyjątkowa. I, jak to babcie, zawsze mnie broniły przed "tymi okropnymi rodzicami". Z jedną, można było "konie kraść".  Zabierała mnie na długie, włóczęgowskie spacery, podczas których odgrywałyśmy role z różnych bajek. Miała ogromny talent aktorski. Pisała cudowne wiersze. Była bardzo muzykalna, pięknie grała na fortepianie. Podczas nieobecności moich rodziców, urządzałyśmy koncerty: ona grała na fortepianie, a ja, stojąc na stołku jak na estradzie, wyłam jak potępiona do drewnianej rączki od skakanki, zgrabnie podrzucając "sznur od mikrofonu". Niestety, odeszła dużo za wcześnie, miałam wtedy jedenaście lat.
Druga babcia uwielbiała czesać moje loki godzinami. Upinała mi fryzury, plotła warkocze, zawiązywała kokardy. Znała się na modzie jak mało kto! Była do tego najlepszą gospodynią domową jaką znał świat. Gotowała wręcz bosko! W pracach domowych nie było jej równych. To pod jej okiem przyszyłam pierwszy guzik do lalkowego płaszczyka. To ona nauczyła mnie, jak trzymać szydełko, jak robić łańcuszek, jak słupki, półsłupki... . Ona uczyła mnie trudnej sztuki robienia na drutach. Bardzo chciała nauczyć mnie gotować, ale ja... zawsze od tego uciekałam. 
A dziadziuś? Był najprzystojniejszym mężczyzną (oczywiście zaraz po moim tacie), pachniał wspaniałą wodą i dobrym tytoniem (że też mi się to już wtedy podobało!). I kochał mnie nad życie. Wspólnie piliśmy herbatę z deficytową cytryną, wspólnie oglądaliśmy mecze (robiłam to tylko dla dziadziusia). I zawsze mówiłam, że tylko za niego wyjdę za mąż.
W tamtych czasach nie było w kalendarzu ani Dnia Babci ani Dnia Dziadka. Właśnie dzisiaj i jutro obchodzimy w Polsce to bardzo młode, zaledwie trzydziestoletnie, nieoficjalne święto. 
Dobrze jest mieć Dziadków.

sobota, 16 stycznia 2010

Angielski moja miłość

W przedszkolu, "ciocia" Maja, piękna, opalona kwarcówką, rudowłosa przedszkolanka, wpajała swoim podopiecznym, że nasz rodzimy język nie bardzo jest przydatny poza granicami naszego kraju. I że od najmłodszych lat należy uczyć się języków obcych. Powitania i pożegnania zawsze odbywały się w tym języku:
- Good bye, see you tomorrow,
a w sobotę:
- Good bye, see you on Monday.
Całą szkołę podstawową, później w liceum, albo przychodziły do mnie nauczycielki, lub ja jeździłam na lekcje angielskiego. To było dla mnie tak oczywiste, że dziwiłam się bardzo, jak można nie znać języka obcego.
W końcu nie wystarczała mi znajomość gramatyki. Wszak Amerykanie mówią tak, jakby w ogóle gramatyki nie znali. Chciałam poznać ten żywy język. Co kraj, to obyczaj. Anglikowi wystarczy źle zaakcentować wyraz i już krzyczy, że nie rozumie. Ale... podróże kształcą.
W każdym języku są tak zwane "łamacze języka". W polskim mamy nasz stół z powyłamywanymi nogami i Saszę, który szedł suchą szosą, słynny Szczebrzeszyn oraz króla Karola, który sprezentował korale królowej Karolinie.
Tak i w języku angielskim sa takie "tongue twisters".
Pierwszy, jaki poznałam jeszcze chyba w szkole podstawowej:


She sells sea shells on the sea shore;

The shells that she sells are sea shells I'm sure.

So if she sells sea shells on the sea shore,

I'm sure that the shells are sea shore shells.

Później, już w liceum poznałam niepełną wersję o dzięciole:

How much wood could Chuck Woods' woodchuck chuck, if Chuck Woods' woodchuck could and would chuck wood?


Dopiero po kilku latach uzyskałam odpowiedź:


Chuck Woods' woodchuck would chuck, he would, as much as he could, and chuck as much wood as any woodchuck would, if a woodchuck could and would chuck wood.

I poznałam wiele, wiele innych "łamaczy", o których przy okazji napiszę.

piątek, 15 stycznia 2010

"Makuś"

Zapach makowca przepełniał dom dwa razy do roku. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Wtedy to mama, w metalowej, ciężkiej wanience czyniła ciasto. Potem odstawiała je do wyrośnięcia pod kaloryfer, po czym znowu miesiła. Była mistrzynią sztuki kulinarnej - jak mówił o niej mój tata. A makowce robiła najlepsze na świecie...  . 
Po ostatnich Świętach został mi mak. Taki gotowy, już zmielony i doprawiony. Wstyd się przyznać, ale nigdy nawet nie próbowałam samodzielnie upiec makowca. Po pierwsze jeśli chodzi o mak, to po co utrudniać sobie życie namaczaniem i mieleniem, jak można dostać gotowy, a po drugie, to ciasta drożdżowe - to nie moja działka. Tak więc został mi ten mak. Może już ktoś, kiedyś to wymyślił, ja nie natknęłam się na taki przepis.Wczoraj  zmieszałam ten mak z ciastem takim prostym, szybkim. Oto jak go zrobiłam:
5 jaj, całych ubiłam z prawie całą szklanką cukru, można dodać jeden cukier wanilinowy. Do tego dodałam 2 szklanki mąki pszennej wymieszanej z 2 łyżeczkami proszku do pieczenia. Kiedy otrzymałam gładką masę, dodałam 3/4 szklanki oliwy (ja używam oleju "Kujawskiego", oliwa extra virgine jednak ma specyficzny zapach).  Po dokładnym wymieszaniu składników wrzuciłam rzeczony wyżej mak, dodałam trochę aromatu rumowego (może być też migdałowy), wszystko porządnie wymieszałam, a na koniec wrzuciłam dwie garście rodzynek (nie namaczanych ani nie posypywanych mąką - i wcale nie opadają na dno).
Ciasto przelałam na prostokątną blaszkę, uprzednio wysmarowaną masłem i wysypaną bułką tartą (niektórzy nie lubią bułki, wolą mąkę) i wsadziłam do rozgrzanego na 190 stopni piekarnika. Piekłam około 50 minut.
Właśnie ostatnie kawałki, nazwanego przeze mnie pseudo-makowca, "Makusia" znikają ze stołu.

sobota, 9 stycznia 2010

Nietrafiony prezent

Każdy przynajmniej dwa, trzy razy do roku ma okazję bycia obsypanym prezentami. Przy okazji urodzin czy imienin oraz obowiązkowo w dniu Świętego Mikołaja albo na Święta Bożego Narodzenia.
Prezenty, które dostawałam od rodziców pod choinkę, czy na urodziny lub imieniny, były gabarytowo normalne i "namacalne". Namacalną szczególnie była rózga, zwykła, nie pozłacana ani posrebrzana, nie przybrana we wstążki, ani nie kolorowa. Zwykła rózga. Pod choinką. Ale, do tego na pocieszenie, był też jakiś drobiazg.
Prezenty zmieniały się wraz z moim wiekiem. Od lalek począwszy i ubranek dla nich, poprzez gry bardziej lub mniej edukacyjne, różne części garderoby aż do wyszukanych przez moją mamę kosmetyków dla nastolatek. Później dostawałam biżuterię, perfumy oraz różne drobiazgi, które "przydadzą mi się na przyszłość:. A to wysokie szklanki w "obwolutkach" ze skóry, a to zestaw sztućców... . Ale niezmiennie, do każdego prezentu była dołączona książka.
Od rodziny i znajomych prezenty były różne. Czasem przemyślane, czasem chyba kupione lub skądś wygrzebane w ostatniej chwili. 
Lecz kto mógł wtedy podpowiedzieć, szepnąć słówko, jaki prezent, choćby małą myśl... .
Ach, jak żałuję, że nie mogłam mojej mamie zafundować, zamiast szaliczków, apaszek, perfum, weekendu w SPA,  a mojemu tacie - przejażdzki Ferrari albo Porsche. A na ich rocznicę ślubu uroczystej kolacji we dwoje.
Z tych wszystkich, dostępnych teraz atrakcji, dla siebie wybrałabym przejażdzkę sportowym, szybkim samochodem na torze wyścigowym.
Kupując prezenty bliskim, czy znajomym, zawsze się zastanawiam, czy na pewno obdarowana osoba będzie z prezentu zadowolona. Bo sama wiem, że dostając prezent, ważnym jest moment rozpakowywania... a potem... albo radość, albo skrzętnie ukrywane rozczarowanie. 
I wcale nie pocieszającą jest ta myśl, że teraz taki niepotrzebny prezent można wymienić na inny, lub wystawić na aukcji internetowej jako prezent nietrafiony.  

piątek, 8 stycznia 2010

O roku ów!

Kto Ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud dotąd zowie rokiem urodzaju. 
Powtarzając za Wieszczem Adamem, na pewno będzie to rok urodzaju choćby ze względu na koncerty. Wszak rok 2010 jest ogłoszony rokiem Fryderyka Chopina. Przewidzianych jest ponad 2 tysiące wydarzeń artystycznych.
Pamiętam, w 1992 roku, miałam przyjemność być na koncercie Placido Domingo w Zabrzu. Występował tam on na zaproszenie profesora Zbigniewa Religi. Był to koncert harytatywny "Serce za serce". Galę prowadził oczywiście, nienagannie ubrany Pan Bogusław Kaczyński z uroczą, acz mało znaną Prezenterką, ubraną niezbyt stosownie do okoliczności.
Wczoraj, w Filharmonii Warszawskiej, Pan Minister Kultury i Sztuki oficjalnie otworzył Rok Chopinowski. Inauguracyjny koncert poprzedziła rozmowa w foyer z Dyrektorem Naczelnym i Artystycznym Filharonii Narodowej oraz z Szefem Narodowego Instytutu Filharmonii , którą prowadziła ta sama Prezenterka. Jej toaletę przemilczę. 
Aż w końcu zabrzmiał Wielki Polonez Es-dur op.22 w wykonaniu światowej sławy pianisty Lang Lang'a. Po Grand Polonaise, usłyszeliśmy ulubiony utwór Chopina - Koncert Fortepianowy f-moll op.21. 
Rok Chopinowski został otwarty! Będzie się działo!

czwartek, 7 stycznia 2010

First minute




Kiedy wiosna już była prawie w rozkwicie, przy niedzielnym śniadaniu zastanawiałam się razem z moimi rodzicami, dokąd pojedziemy na wakacje. Chociaż dwa, trzy tygodnie w czasie moich wakacji były przeznaczone na wspólny wyjazd. Główną planującą była oczywiście moja kochana mama. Ona co roku wyznaczała kierunki, jak, czym, kiedy, dokąd i za ile. I choć to był juz kwiecień, słońce już całkiem, całkiem wysoko na niebie świeciło, nigdy nie przyszło jej do głowy, żeby planować urlop wcześniej.
First minute lub, jak kto woli first moment to oferty biur podróży dla tych, którzy lubią i chcą, a co najważniejsze - potrafią - planować urlop na pół roku z góry. 
Takie poukładane osoby (zawsze im tej "poukładalności" zazdroszczę, szczególnie, odkąd wyszłam za mąż), mogą wykupić wycieczkę z nawet 40-sto procentową zniżką. A do tego mogą oczekiwać gratisów w różnych postaciach: a to dodatkowe ubezpieczenie, a to wycieczki fakultatywne lub wypożyczenie samochodu.
Patrzę przez okno, na dworze wszystko przysypane, jak to romantycznie w telewizji mówią "białym puchem", zimno, temperatura minusowa i jak tu myśleć o wakacjach? Brrrr. Trzeba mieć chyba bardzo dużo wyobraźni.


 

sobota, 26 grudnia 2009

Bożonarodzeniowa tradycja

W polskiej tradycji bożonarodzeniowej najważniejszy jest opłatek. Dzielimy się nim w Wiligię Bożego Narodzenia na znak pojednania i przebaczenia. 
Wykonany z przaśnej, białej mąki i wody. Prosty. Taki sam, jakiego używa się podczas mszy świętej, lecz nie konsekrowany. Mający magiczną moc zbliżania ludzkich serc. 
W Wigilię dzielimy się z najbliższymi wszystkim, co mamy. 
Ten moment tuż przed kolacją wigilijną, kiedy stoimy naprzeciwko siebie i łamiemy opłatek składając życzenia, jest dla mnie najbardziej wzruszającą chwilą podczas całych Świąt.  I każdego roku obiecuję sobie: ani jednej łzy! Nigdy niestety nie mogę dotrzymać tej obietnicy. Właśnie wtedy zdaję sobie sprawę, jak bliscy są mi Ci, którzy za chwilę siądą przy stole, ile mam dla nich miłości i tkliwości. Przed oczami stają wszystkie poprzednie, może bardziej beztroskie Wigilie, spędzane z tymi, których kochałam a nie ma już ich wśród nas.
Życzenia złożone. W tle brzmi kolęda polska. Jeszcze tylko psa pogłaskać, życzyć mu zdrowia i żeby jeszcze długo, długo był z nami i o północy niech rzeknie dobre słowo... . Siadamy.

piątek, 18 grudnia 2009

Bazar jeszcze raz


Bazar Różyckiego, fot. Hiuppo

Wczoraj zatelefonowała moja przyjaciółka:
- Co Ty piszesz? Przecież Bazar Różyckiego jeszcze wciąż istnieje. Jest tam, gdzie był. I są stragany. Niedawno pan M. przypominał. Oglądałaś?
Oglądałam. Pan M. w swoim programie kulinarnym rzeczywiście gotował coś (nawet nie wiem, czy to nie były pyzy?), kuchenka i niezbędne naczynia rozstawił między straganami. Opowiadał o bazarze, jego historii, o jego założeniu pod koniec XIX wieku.
Ale, już nie pamiętam, czy wspomniał o tym, że w czasach, kiedy moja mama jeździła z tatą na tamten bazar, to było jedyne miejsce w Warszawie, gdzie można było dostać dosłownie wszystko. Że "bywanie" na bazarze było niejako obowiązkiem prawdziwego, rodowitego Warszawiaka.
A teraz? Jest. Tylko nie wiem, czy jeszcze słychać: "Pyzy, gorące pyzy! Flaki, gorące flaki!"... . 











czwartek, 17 grudnia 2009

Ściana Wschodnia


(Ściana Wschodnia, fot. Lee Kindness)

Bywały takie dni, kiedy ze szkoły wracałam wcześniej. Wtedy wyciągałam mamę z domu na "wielką włóczęgę". Kierunek był zazwyczaj jeden: Ściana Wschodnia. Największe centrum handlowe ówczesnej Warszawy. Magiczna ściana sklepów na Marszałkowskiej, pomiędzy Alejami Jerozolimskimi i Świętokrzyską. Trzy domy towarowe: "Wars", "Sawa" i "Junior" oraz najbliżej Świętokrzyskiej "Sezam", na parterze mieszczący "Delikatesy".
W "Sawie", przy ogromnym stoisku z materiałami, mama miała ulubioną sprzedawczynię, zawsze uśmiechniętą, chętną do porad krawieckich. Tam spędzałyśmy mnóstwo czasu.
Za Domami Towarowymi "Centrum"  był Pasaż Śródmiejski, do dzisiaj istniejący, lecz już pod inną nazwą. Tam można było przysiąść na ławeczce, odpocząć chwilę przed dalszą "podróżą".
Można było popatrzeć na super nowoczesny budynek najlepszego w tamtych czasach kina "Relax", którego to nazwę wybrali czytelnicy "Expressu Wieczornego" w oficjalnym plebiscycie.
A po drugiej stronie ulicy Kniewskiego (teraz Złotej) był Klub "Hybrydy", wtedy klub studentów Uniwersytetu Warszawskiego. Sobota bez dyskoteki w "Hybrydach" była sobotą straconą... .
                                                                             

niedziela, 13 grudnia 2009

Cisza

Zimny niedzielny poranek. Jak to bywa w grudniu, śnieg kładł się równo na balkonie. Jak zwykle rano,  mama, po dokonaniu porannych toalet, weszła do kuchni i włączyła radio. Powinien zaraz być ulubiony program satyryczny. Szybko, przygotować śniadanie... co za grobowa muzyka! Umarł ktoś ważny? Szybkim krokiem wyszła z kuchni i skierowała się do pokoju, w którym stał telewizor. Włączyła. Szaro-bure paski na ekranie i szum zaniepokoiły ja. Coś się stało. Przybiegłam do pokoju, przyszedł też tata. Staliśmy przed telewizorem wlepiając wzrok w ten brak obrazu i nie bardzo rozumieliśmy co się wydarzyło. Nagle z kuchni, z włączonego odbiornika popłynęły słowa... . Zastygliśmy w niemej zadumie. Zapadła cisza. I tylko śnieg na balkonie... .

piątek, 11 grudnia 2009

Gallus gallus domesticus


Kura domowa (Gallus gallus domesticus) – ptak hodowlany z rodziny kurowatych, hodowany na całym świecie. W środowisku naturalnym nie występuje. Uważa się, że stanowi formę udomowioną kura bankiwa (Gallus gallus), lecz nie wyklucza się domieszki innych gatunków południowoazjatyckich kuraków (zarówno żyjących, jak i wymarłych).
Tyle - encyklopedia. Na pewno jestem formą udomowioną. Uwielbiam domowe pielesze, zaciszne kątki domowe, zapachy kuchenne pobudzające wyobraźnię i przywołujące wspomnienia radosnego dzieciństwa. Wieczory zimowe w ciepłym otoczeniu rodziny. I rozmowy, rozmowy, rozmowy... .
Zbliżają się Święta Bożego Narodzenia. Zawsze wtedy wraca obraz dawnych lat, domu mojej panieńskiej młodości, kiedy moja kochana mama godzinami stała w kuchni i gotowała, piekła, smażyła. Tata z rozwianą resztką włosów biegał po mieście w poszukiwaniu choinki. Kończyło się jak zwykle burzliwą wymianą zdań na temat wątpliwej urody drzewka. Tak było od pokoleń i tak już zostało. Marny wiecheć przybrany mnóstwem kolorowych bombek, opleciony kolorowymi lampkami stawał się najpiękniejszą choinką na świecie.