My, żony i matki wiemy, co to znaczy, kiedy domownicy nie lubią jakiejś potrawy. I nijak nie można ich doń przekonać.
Uwielbiam kapustę. Pod każdą postacią. I tę młodą, gotowaną z dużą ilością kopru i tę starszą, w sałatkach jak również kiszoną: na surowo i gotowaną.
A kapusta kiszona, gotowana "chodziła za mną" od jakiegoś czasu.
Co zrobić, żeby przekonać szczególnie starszą latorośl do jej zjedzenia? Przecież kapusta kiszona jest naturalnym środkiem leczniczym. Zawiera ogromne ilości witaminy C, również witaminę B, dzięki czemu ma właściwości dotleniające. A do tego: magnez, żelazo, potas i wapń.
Postawiłam na eksperyment, który się powiódł. Starszy syn skosztował mojego dzieła i oznajmił, że... ta kapusta jest bardzo dobra!
Nieco ponad kilogram kapusty kiszonej sałatkowej przede wszystkim pokroiłam. Żeby nie wyszła z niej parzybroda. Zalałam zimną wodą w garnku tak, aby była przykryta. Kiedy się zagotowała, dodałam trzy liście laurowe, trzy ziarna ziela angielskiego, nieco "kucharka" i kilkanaście ziaren pieprzu kolorowego.
Gotowałam niecałe pół godziny.
W międzyczasie jedną duża cebulę w drobną kosteczkę.
Kapustę odcedziłam na sicie.
Do garnka po kapuście wrzuciłam niecałe pół kostki masła, rozpuściłam, dodałam cebulę i kiedy była już zeszklona wrzuciłam odsączoną kapustę. Energicznie wymieszałam i dolałam niecałą szklankę czerwonego, wytrawnego wina. Mieszając dałam czas kapuście, aby nasyciła się winem.
Gotowe.
Być może ten mój "wynalazek" nie jest wcale novum, ale jeszcze z tak przygotowaną kapustą nie spotkałam się. Ta jest dosyć sucha i chyba właśnie w tym tkwi cały sekret inności. :-)
Kura dziobie wszystkie ziarenka na swoim podwórku. A ten blog, to kurze bazgrołki o wszystkim i... o niczym.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis kulinarny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przepis kulinarny. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 października 2015
piątek, 29 maja 2015
Szparagi, szparagi... raz jeszcze
O szparagach pisałam już tu: klik .
Ale wtedy królowały u mnie białe szparagi.
W tym roku rozkoszujemy się zielonymi. Dlaczego piszę w liczbie mnogiej? Nie, to nie jest pluralis majestatis. To dlatego, bo szparagi zielone w moim domu pokochali wszyscy.
Szparagów zielonych nie obiera się. Tak więc odcinam końcówki (mniej więcej 2 - 3 cm), myję pod bieżącą, raczej zimną wodą.
Gotuję w osolonej i leciutko ocukrzonej wodzie 3 do 5 minut.
W tym czasie rozpuszczam masło. Do masła dodaję nieco czosnku granulowanego.
Po ostrożnym wyjęciu szparagów łyżką cedzakową i ułożeniu ich na półmisku, polewam je roztopionym masłem czosnkowym i posypuję startym, ostrym serem. Oczywiście najlepszy jest parmezan.
Gotowe.
Podaję z dobrze schłodzonym białym, wytrawnym winem. :-)
Ale wtedy królowały u mnie białe szparagi.
W tym roku rozkoszujemy się zielonymi. Dlaczego piszę w liczbie mnogiej? Nie, to nie jest pluralis majestatis. To dlatego, bo szparagi zielone w moim domu pokochali wszyscy.
Szparagów zielonych nie obiera się. Tak więc odcinam końcówki (mniej więcej 2 - 3 cm), myję pod bieżącą, raczej zimną wodą.
Gotuję w osolonej i leciutko ocukrzonej wodzie 3 do 5 minut.
W tym czasie rozpuszczam masło. Do masła dodaję nieco czosnku granulowanego.
Po ostrożnym wyjęciu szparagów łyżką cedzakową i ułożeniu ich na półmisku, polewam je roztopionym masłem czosnkowym i posypuję startym, ostrym serem. Oczywiście najlepszy jest parmezan.
Gotowe.
Podaję z dobrze schłodzonym białym, wytrawnym winem. :-)
niedziela, 1 lutego 2015
Żurawiną mnie karm
Znów upiekłam brownies. O tych ciasteczkach, które powstały przez roztargnienie pisałam tutaj.
Tym razem do ciasta dodałam dwie garście (lub garści) żurawiny suszonej. W moim domu ostatnio zapanowała moda na te małe, cierpkie jagody.
Przed laty nie było na naszym siermiężnym rynku suszonej żurawiny. Dostępna była tylko świeża. Z takich właśnie świeżych owoców moja ukochana mama robiła kisiele. Pyszności...
Zapewne niewiele osób wie, że żurawina dostarcza tyle samo błonnika co duże jabłko.
Jest istną kopalnią witamin i minerałów. Zawiera całe mnóstwo witamin B1, B2 i C. A z minerałów: fosfor, miedź, jod, wapń.
Żurawina przede wszystkim bardzo pomocna jest w leczeniu chorób nerek i pęcherza moczowego. Zapobiega powstawaniu kamieniu nerkowych dzięki dużej zawartości cytrynianów. Ma działanie antybakteryjne.
Pomocna jest w chorobach układu krążenia, zmniejsza ryzyko miażdżycy, a to za sprawą przeciwutleniaczy. Regularne jej spożywanie obniża ryzyko zawału serca.
Zawartość w żurawinie witaminy P powoduje, że menopauza nie jest już tak straszną.
Wreszcie żurawina doskonale działa na nasze komórki mózgowe - spowalnia proces starzenia.
Rośnie na terenach podmokłych. W Polsce można ją spotkać na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu, Pojezierzu Mazurskim i na Pomorzu.
Jeśli chodzi o zastosowanie w kuchni to z żurawiny można przygotować wyżej wspomniany pyszny kisiel, poza tym wspaniale smakuje w formie konfitury jako dodatek do mięs - drobiu oraz do serów pleśniowych.
Powszechnie znane są soki z żurawin oraz nalewki.
I oczywiście żurawina suszona doskonała jest jako dodatek do ciast.
Tym razem do ciasta dodałam dwie garście (lub garści) żurawiny suszonej. W moim domu ostatnio zapanowała moda na te małe, cierpkie jagody.
Przed laty nie było na naszym siermiężnym rynku suszonej żurawiny. Dostępna była tylko świeża. Z takich właśnie świeżych owoców moja ukochana mama robiła kisiele. Pyszności...
Zapewne niewiele osób wie, że żurawina dostarcza tyle samo błonnika co duże jabłko.
Jest istną kopalnią witamin i minerałów. Zawiera całe mnóstwo witamin B1, B2 i C. A z minerałów: fosfor, miedź, jod, wapń.
Żurawina przede wszystkim bardzo pomocna jest w leczeniu chorób nerek i pęcherza moczowego. Zapobiega powstawaniu kamieniu nerkowych dzięki dużej zawartości cytrynianów. Ma działanie antybakteryjne.
Pomocna jest w chorobach układu krążenia, zmniejsza ryzyko miażdżycy, a to za sprawą przeciwutleniaczy. Regularne jej spożywanie obniża ryzyko zawału serca.
Zawartość w żurawinie witaminy P powoduje, że menopauza nie jest już tak straszną.
Wreszcie żurawina doskonale działa na nasze komórki mózgowe - spowalnia proces starzenia.
Rośnie na terenach podmokłych. W Polsce można ją spotkać na Lubelszczyźnie, Podkarpaciu, Pojezierzu Mazurskim i na Pomorzu.
Jeśli chodzi o zastosowanie w kuchni to z żurawiny można przygotować wyżej wspomniany pyszny kisiel, poza tym wspaniale smakuje w formie konfitury jako dodatek do mięs - drobiu oraz do serów pleśniowych.
Powszechnie znane są soki z żurawin oraz nalewki.
I oczywiście żurawina suszona doskonała jest jako dodatek do ciast.
środa, 1 października 2014
Wpis bardzo śliwkowy...
Bardzo się zaśliwkowałam... .
Sezon na śliwki, a w szczególności na węgierki już pomału dobiega końca. Wykorzystałam go jednak, zdążyłam.
W tym roku węgierki - w każdym razie w mojej okolicy - miały cenę tak "sympatyczną", że kupiłam ich sporo i przetworzyłam.
Dżem - konfitura i śliwki w occie.
10 kg śliwek. Najpierw zabrałam się za przygotowanie śliwek na konfiturę.
5 kg śliwek umyłam i wypestkowałam.
Byle jak. I... do gara...
3 kg śliwek, które miały być zrobione w occie - nacinałam nożem...
i ostrożnie usuwałam pestki, po czym ciasno ułożyłam w słoikach. Do każdego słoika wrzuciłam jeden goździk.
Zabrałam się za smażenie konfitury...
Najpierw na bardzo dużym "ogniu", przez cały czas mieszając, aż do momentu, kiedy śliwki puściły sok.
Dodałam cukier - niezbyt dużo, bo nie lubimy słodkich konfitur - półtorej szklanki. Dodałam trochę (około pół łyżeczki) cynamonu (mielonego) - dla "podkręcenia" smaku.
Zmniejszyłam "ogień" i smażyłam śliwki dwie godziny, co chwilę podchodząc i mieszając od dna. Trzeba pamiętać, że konfitura po godzinie zaczyna przywierać... .
A potem... napełniłam przygotowane wcześniej, umyte i wyparzone słoiki, szybko zakręciłam i postawiłam do góry dnem do wystygnięcia - ja zostawiłam je na całą noc.
W międzyczasie, kiedy konfitury się smażyły, zagotowałam zalewę do śliwek:
2 szklanki wody,
1/2 szklanki octu,
1/2 szklanki cukru.
W takich proporcjach (ja je podwoiłam - na trzy kg śliwek), zalewę zagotowałam i gorącą wlałam do słoików. Słoiki również szybko zakręciłam i również postawiłam do góry dnem do dnia następnego.
Kupiłam 10 kg śliwek, z pięciu zrobiłam konfiturę, z trzech - śliwki w occie. Zapytacie, a co z dwoma kilogramami?
Jeden kilogram przeznaczyłam na... próbną nalewkę. Dlaczego próbną? Bo nigdy takiej ze śliwek nie robiłam... .
Kilogram śliwek oczywiście wypestkowanych wrzuciłam do dużego słoja (tego, który już znacie z moich poprzednich nalewek) i zasypałam pełną szklanką cukru. Zostawiłam na dwa dni, aby cukier zupełnie się rozpuścił.
Po tym czasie zalałam jednym litrem wódki. Bo to ma być taka... lekka naleweczka... dla pań... :-)
Słoik owinęłam folią aluminiową, aby nie dochodziło światło - mam nadzieję, że nalewka będzie miała piękny, "denaturatowy" kolor :-)
Codziennie, dwa razy dziennie delikatnie mieszam drewnianą łyżką.
I niech się przegryza. Już stoi tydzień... może jeszcze jeden postoi... :-)
Zdjęć nalewki nie mam, ale jak już będzie gotowa, na pewno ją obfotografuję.
Został jeszcze jeden kilogram śliwek... . Został wchłonięty przez moją rodzinę. Bo przecież węgierki to najlepsze śliwki... :-))
Sezon na śliwki, a w szczególności na węgierki już pomału dobiega końca. Wykorzystałam go jednak, zdążyłam.
W tym roku węgierki - w każdym razie w mojej okolicy - miały cenę tak "sympatyczną", że kupiłam ich sporo i przetworzyłam.
Dżem - konfitura i śliwki w occie.
10 kg śliwek. Najpierw zabrałam się za przygotowanie śliwek na konfiturę.
5 kg śliwek umyłam i wypestkowałam.
Byle jak. I... do gara...
3 kg śliwek, które miały być zrobione w occie - nacinałam nożem...
i ostrożnie usuwałam pestki, po czym ciasno ułożyłam w słoikach. Do każdego słoika wrzuciłam jeden goździk.
Zabrałam się za smażenie konfitury...
Najpierw na bardzo dużym "ogniu", przez cały czas mieszając, aż do momentu, kiedy śliwki puściły sok.
Dodałam cukier - niezbyt dużo, bo nie lubimy słodkich konfitur - półtorej szklanki. Dodałam trochę (około pół łyżeczki) cynamonu (mielonego) - dla "podkręcenia" smaku.
Zmniejszyłam "ogień" i smażyłam śliwki dwie godziny, co chwilę podchodząc i mieszając od dna. Trzeba pamiętać, że konfitura po godzinie zaczyna przywierać... .
A potem... napełniłam przygotowane wcześniej, umyte i wyparzone słoiki, szybko zakręciłam i postawiłam do góry dnem do wystygnięcia - ja zostawiłam je na całą noc.
W międzyczasie, kiedy konfitury się smażyły, zagotowałam zalewę do śliwek:
2 szklanki wody,
1/2 szklanki octu,
1/2 szklanki cukru.
W takich proporcjach (ja je podwoiłam - na trzy kg śliwek), zalewę zagotowałam i gorącą wlałam do słoików. Słoiki również szybko zakręciłam i również postawiłam do góry dnem do dnia następnego.
Kupiłam 10 kg śliwek, z pięciu zrobiłam konfiturę, z trzech - śliwki w occie. Zapytacie, a co z dwoma kilogramami?
Jeden kilogram przeznaczyłam na... próbną nalewkę. Dlaczego próbną? Bo nigdy takiej ze śliwek nie robiłam... .
Kilogram śliwek oczywiście wypestkowanych wrzuciłam do dużego słoja (tego, który już znacie z moich poprzednich nalewek) i zasypałam pełną szklanką cukru. Zostawiłam na dwa dni, aby cukier zupełnie się rozpuścił.
Po tym czasie zalałam jednym litrem wódki. Bo to ma być taka... lekka naleweczka... dla pań... :-)
Słoik owinęłam folią aluminiową, aby nie dochodziło światło - mam nadzieję, że nalewka będzie miała piękny, "denaturatowy" kolor :-)
Codziennie, dwa razy dziennie delikatnie mieszam drewnianą łyżką.
I niech się przegryza. Już stoi tydzień... może jeszcze jeden postoi... :-)
Zdjęć nalewki nie mam, ale jak już będzie gotowa, na pewno ją obfotografuję.
Został jeszcze jeden kilogram śliwek... . Został wchłonięty przez moją rodzinę. Bo przecież węgierki to najlepsze śliwki... :-))
poniedziałek, 17 lutego 2014
Zjedz binokla...
Wszelkie masy makowe kojarzą mi się z Bożym Narodzeniem i z następującym po nim karnawałem. Karnawału jeszcze kawałek nam zostało... potem będą ostatki i oczywiście wtedy niepodzielnie będą królować pączki i faworki.
Sylwestra, jak co roku, spędzałam w domowych pieleszach z Lepszą Połową. Na tę okoliczność sprokurowałam... okulary, a raczej... binokle. Nie, nie do czytania... . Do... jedzenia... .
Oto one:
Zniknęły... w oku mgnienia.
Proste w przygotowaniu.
1 opakowanie ciasta francuskiego
1 opakowanie (lub puszka) masy makowej
Ja dodałam jeszcze:
1 opakowanie kandyzowanej skórki pomarańczowej
kilka kropli aromatu rumowego
Rozwijamy gotowe ciasto francuskie.
Nakładamy masę - z marginesem dwu-centymetrowym wzdłuż krótszych boków ciasta.
Zwijamy jak roladę.
Kroimy najlepiej... nitką (nożem ciasto spłaszcza się) na póltoracentymetrowe kawałki.
Roladki układamy na papierze do pieczenia na blaszce zachowując stosowny odstęp (ciasto urośnie).
Pieczemy około 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C.
A potem, to już tylko... siadać i jeść... :-)
Sylwestra, jak co roku, spędzałam w domowych pieleszach z Lepszą Połową. Na tę okoliczność sprokurowałam... okulary, a raczej... binokle. Nie, nie do czytania... . Do... jedzenia... .
Oto one:
Zniknęły... w oku mgnienia.
Proste w przygotowaniu.
1 opakowanie ciasta francuskiego
1 opakowanie (lub puszka) masy makowej
Ja dodałam jeszcze:
1 opakowanie kandyzowanej skórki pomarańczowej
kilka kropli aromatu rumowego
Rozwijamy gotowe ciasto francuskie.
Nakładamy masę - z marginesem dwu-centymetrowym wzdłuż krótszych boków ciasta.
Zwijamy jak roladę.
Kroimy najlepiej... nitką (nożem ciasto spłaszcza się) na póltoracentymetrowe kawałki.
Roladki układamy na papierze do pieczenia na blaszce zachowując stosowny odstęp (ciasto urośnie).
Pieczemy około 20 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C.
A potem, to już tylko... siadać i jeść... :-)
poniedziałek, 9 grudnia 2013
Ciasto zamiast... grzańca... z zapomnieniem...
Najczęściej w sobotę, kiedy już zaprzyjaźniony sklepik koło domu jest zamknięty, a do tych dalszych... nie chce się iść... "nachodzi" apetyt na coś... do kawy... . Jutro niedziela, inna niż w każdy dzień kawa, bardziej... spokojna, nieśpieszna... a co do niej...?
Idę do kuchni. Jajka są, mąka jest, proszek do pieczenia jest, masło jest, aromat jest, cukier wiadomo, że jest... to co jeszcze...? Rodzynki są... tu zaczyna jakiś pomysł kołatać się po głowie... .
Zaglądam do przypraw... mając nadzieję... no nie. Przyprawy do piernika nie ma, ale jest... przyprawa do... grzańca. Skład prawie ten sam... .
I powstaje ciasto - grzaniec... :-)
5 jaj
3/4 szklanki cukru
2 szklanki mąki pszennej
1 opakowanie proszku do pieczenia
3/4 kostki masła
1 opakowanie przyprawy do grzańca
1/2 buteleczki aromatu rumowego
szczypta cynamonu
rodzynki
A teraz standard: najpierw jaja z cukrem ubijam, aż przestaje chrzęścić. Dodaję mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia. Natychmiast wlewam rozpuszczone i przestudzone masło. Jest gęsto... dodaję trochę mleka... . A potem wsypuję tę przyprawę do grzańca, szczyptę cynamonu, wlewam aromat, wsypuję rodzynki (małą paczkę całą - "przesiewam" je przez palce, żeby nie były posklejane).
Ciasto wylewam do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Piekę około 50 minut w piekarniku nagrzanym do 190 stopni.
Miał być pseudo-piernik... zapomniałam o kawie lub kakao... . A miodu nie miałam... stąd ten "pseudo"... . A wyszedł... no właśnie takie ciasto-grzańcowe. Nie zdążyłam zrobić zdjęć... .
niedziela, 10 lutego 2013
Faworki po mojemu
Wprawdzie wczoraj była ostatnia sobota karnawału i ten czas, kiedy bezkarnie można jeść pączki i faworki nieuchronnie kończy się, postanowiłam podzielić się z Wami przepisem na faworki. Przed nami przecież jeszcze wtorkowe ostatki :-)
Kiedy wjeżdżały na talerz, ledwo zostały posypane cukrem pudrem - natychmiast znikały... . Poprosiłam moich domowników, żeby choć chwilę poczekali, zrobię tylko jedno zdjęcie... . Udało się...
Przepis na faworki dostałam od koleżanki Sylwii. Trochę pomieszałam, pozmieniałam i oto składniki:
1/2 kg mąki pszennej
5 żółtek
1 jajko
1/2 szklanki kwaśnej śmietany 18%
1 czubata łyżka cukru pudru
1 czubata łyżka masła
2 łyżki dobrej, czystej wódki
olej rzepakowy
cukier puder do posypania
Wszystkie składniki mieszamy, zagniatamy ciasto.
Ciasto zagniatał z wielką estymą mój starszy syn. Zagniatał je "do środka", wtłaczając powietrze w ciasto. Czas - długo... tyle, ile trwają "Fakty" na TVN. ;-)
No a potem, to tradycyjnie: wałkowanie, wycinanie zgrabnych pasków z nacięciem pośrodku, przekładanie i smażenie na złoto.
A potem - na ręcznik papierowy, na talerz, posypać cukrem pudrem.
To długie zagniatanie, zamiast bicie biednego ciasta wałkiem sprawiło, że po pierwsze było cicho :-)) a poza tym, faworki były bardzo, bardzo kruche.
Kiedy wjeżdżały na talerz, ledwo zostały posypane cukrem pudrem - natychmiast znikały... . Poprosiłam moich domowników, żeby choć chwilę poczekali, zrobię tylko jedno zdjęcie... . Udało się...
Przepis na faworki dostałam od koleżanki Sylwii. Trochę pomieszałam, pozmieniałam i oto składniki:
1/2 kg mąki pszennej
5 żółtek
1 jajko
1/2 szklanki kwaśnej śmietany 18%
1 czubata łyżka cukru pudru
1 czubata łyżka masła
2 łyżki dobrej, czystej wódki
olej rzepakowy
cukier puder do posypania
Wszystkie składniki mieszamy, zagniatamy ciasto.
Ciasto zagniatał z wielką estymą mój starszy syn. Zagniatał je "do środka", wtłaczając powietrze w ciasto. Czas - długo... tyle, ile trwają "Fakty" na TVN. ;-)
No a potem, to tradycyjnie: wałkowanie, wycinanie zgrabnych pasków z nacięciem pośrodku, przekładanie i smażenie na złoto.
A potem - na ręcznik papierowy, na talerz, posypać cukrem pudrem.
To długie zagniatanie, zamiast bicie biednego ciasta wałkiem sprawiło, że po pierwsze było cicho :-)) a poza tym, faworki były bardzo, bardzo kruche.
niedziela, 18 listopada 2012
Ciasto z przypadku czyli Brownie
Dawno nie pisałam. Brak weny... kompletny jej brak oraz, powiedziałabym niesprzyjające pisaniu okoliczności sprawiły, że ostatni wpis dokonałam miesiąc temu... niespotykane, jak na moją prawie trzyletnią bytność na blogu.
Kilka dni temu moje starsze dziecko obroniło pracę licencjacką na piątkę. Do tego okazało się, że studia również ukończyło z notą najlepszą. Genialne dziecko moje i Lepszej Połowy zapewne te zdolności odziedziczyło po Ojcu, bo kto mnie zna to wie, że na pewno nie po mnie :-)
Na tę okoliczność postanowiłam zrobić Brownie. Ciasteczka Brownie. Przeszukałam kilkanaście stron internetowych, pomyślałam i... nieco zmieniając przepis, aczkolwiek nie przesłanie, zrobiłam.
Jakie przesłanie? Ano takie, że nierzadko przypadek rządzi światem. Kulinarnym - na pewno. Otóż pewna gospodyni z USA była nieco roztargniona i do ciasta zapomniała dodać... tu źródła podają różnie: albo mąki albo proszku do pieczenia. Ciasteczka jednak upiekła i podała je gościom. I wszystkim bardzo smakowały... .
Brownie nie mogą się nie udać, bo one z założenia... są nieudane. Wyglądają, jakby miały mega-zakalec. Ale smakują... wybornie.
No to poniżej składniki (moje składniki):
2 tabliczki czekolady,
1 kostka masła,
2/3 szklanki mąki pszennej,
1 szklanka cukry,
6 jaj,
50 g. włoskich orzechów obranych
kilkanaście kropli aromatu migdałowego
Wykonanie:
Najpierw rozpuszczam masło z czekoladą w kąpieli wodnej. Czyli mniejszy rondelek wkładam do gotującej się wody w większym garnku, mieszam aż do całkowitego rozpuszczenia masła i czekolady.
Odstawiam do wystygnięcia.
Jajka ubijam mikserem, dodaję po trochu cukier, miksuję, dodaję mąkę, przestudzoną masę czekoladowo-maślaną, aromat migdałowy (on, moim zdaniem, nieco "podkręca" smak czekolady).
Na końcu dodaję potłuczone, obrane włoskie orzechy.
Mieszam i wylewam na blaszkę prostokątną wyłożoną papierem do pieczenia.
Piekę około 30 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C.
Po wyjęciu z piekarnika czekam kilka minut, po czym wyjmuję z blaszki ciasto i kroję jeszcze ciepłe na małe kwadraty.
Niektórzy posypują Brownie cukrem pudrem - ja nie posypuję, dla mnie jest wystarczająco słodkie.
Pyyyycha.... .
Kilka dni temu moje starsze dziecko obroniło pracę licencjacką na piątkę. Do tego okazało się, że studia również ukończyło z notą najlepszą. Genialne dziecko moje i Lepszej Połowy zapewne te zdolności odziedziczyło po Ojcu, bo kto mnie zna to wie, że na pewno nie po mnie :-)
Na tę okoliczność postanowiłam zrobić Brownie. Ciasteczka Brownie. Przeszukałam kilkanaście stron internetowych, pomyślałam i... nieco zmieniając przepis, aczkolwiek nie przesłanie, zrobiłam.
Jakie przesłanie? Ano takie, że nierzadko przypadek rządzi światem. Kulinarnym - na pewno. Otóż pewna gospodyni z USA była nieco roztargniona i do ciasta zapomniała dodać... tu źródła podają różnie: albo mąki albo proszku do pieczenia. Ciasteczka jednak upiekła i podała je gościom. I wszystkim bardzo smakowały... .
Brownie nie mogą się nie udać, bo one z założenia... są nieudane. Wyglądają, jakby miały mega-zakalec. Ale smakują... wybornie.
No to poniżej składniki (moje składniki):
2 tabliczki czekolady,
1 kostka masła,
2/3 szklanki mąki pszennej,
1 szklanka cukry,
6 jaj,
50 g. włoskich orzechów obranych
kilkanaście kropli aromatu migdałowego
Wykonanie:
Najpierw rozpuszczam masło z czekoladą w kąpieli wodnej. Czyli mniejszy rondelek wkładam do gotującej się wody w większym garnku, mieszam aż do całkowitego rozpuszczenia masła i czekolady.
Odstawiam do wystygnięcia.
Jajka ubijam mikserem, dodaję po trochu cukier, miksuję, dodaję mąkę, przestudzoną masę czekoladowo-maślaną, aromat migdałowy (on, moim zdaniem, nieco "podkręca" smak czekolady).
Na końcu dodaję potłuczone, obrane włoskie orzechy.
Mieszam i wylewam na blaszkę prostokątną wyłożoną papierem do pieczenia.
Piekę około 30 minut w piekarniku rozgrzanym do 200 st.C.
Po wyjęciu z piekarnika czekam kilka minut, po czym wyjmuję z blaszki ciasto i kroję jeszcze ciepłe na małe kwadraty.
Niektórzy posypują Brownie cukrem pudrem - ja nie posypuję, dla mnie jest wystarczająco słodkie.
Pyyyycha.... .
wtorek, 21 sierpnia 2012
Jabłuszka... czyli czas pomyśleć o zimie...
Po raz drugi tego lata dostałam jabłka. Grzechem byłoby nie wykorzystać ich... Tym bardziej, że dżemik z "pierwszego rzutu" zniknął błyskawicznie.
A ja w ostatnich latach... no po prostu... szaleję... z przetworami. Jabłka są pozycją obowiązkową. I to nie takie tylko przesmażone i potem do ciast, ani nie kompoty a właśnie dżemy lub konfitury. Potem przychodzi czas na śliwki w occie tudzież dynię. I jeszcze po drodze są grzybki. A czasem i ogórki... . Ale, ogórki wyciekają... . Nie. Nie lubię. A w tym roku "zasadzam się" na czerwone borówki (w niektórych częściach naszego kraju zwane "brusznicami"). Moja ukochana mama borówki smażyła z gruszkami albo z jabłkami. Te borówki były słynne w całej rodzinie i wśród znajomych.
Na razie w kuchni stoi kilka słoików dżemu/konfitury z jabłek.
Jabłka dokładnie myję, obieram, kroję na cienkie płatki. Wrzucam do garnka. Zasypuję cukrem... . Dodaję cynamonu, kilka goździków. Obowiązkowo dodaję otartą skórkę z cytryny, sok z tejże cytryny (bez pestek oczywiście). Miąższ z wyciśniętej cytryny wrzucam do jabłek. Wyciągam go tuż przed końcem smażenia.
I teraz cierpliwie smażę i mieszam co chwila... . Aż się jabłka rozpadną... . W zależności od gatunku jabłek trwa to około godziny, dwóch.
Przekładam gorącą konfiturę do przygotowanych wcześniej słoików, od razu zakręcam i stawiam do góry dnem. Zostawiam na noc.
Próbowałam tej konfitury już następnego dnia... . Ona musi swoje odstać.... . Nabiera smaku i aromatu dopiero po kilku dniach... .
A najlepiej... schować i zapomnieć. Do zimy... . A zimą, w mroźny, śnieżny poranek przypomnieć sobie... otworzyć... i poczuć zapach lata... .
A ja w ostatnich latach... no po prostu... szaleję... z przetworami. Jabłka są pozycją obowiązkową. I to nie takie tylko przesmażone i potem do ciast, ani nie kompoty a właśnie dżemy lub konfitury. Potem przychodzi czas na śliwki w occie tudzież dynię. I jeszcze po drodze są grzybki. A czasem i ogórki... . Ale, ogórki wyciekają... . Nie. Nie lubię. A w tym roku "zasadzam się" na czerwone borówki (w niektórych częściach naszego kraju zwane "brusznicami"). Moja ukochana mama borówki smażyła z gruszkami albo z jabłkami. Te borówki były słynne w całej rodzinie i wśród znajomych.
Na razie w kuchni stoi kilka słoików dżemu/konfitury z jabłek.
Jabłka dokładnie myję, obieram, kroję na cienkie płatki. Wrzucam do garnka. Zasypuję cukrem... . Dodaję cynamonu, kilka goździków. Obowiązkowo dodaję otartą skórkę z cytryny, sok z tejże cytryny (bez pestek oczywiście). Miąższ z wyciśniętej cytryny wrzucam do jabłek. Wyciągam go tuż przed końcem smażenia.
I teraz cierpliwie smażę i mieszam co chwila... . Aż się jabłka rozpadną... . W zależności od gatunku jabłek trwa to około godziny, dwóch.
Przekładam gorącą konfiturę do przygotowanych wcześniej słoików, od razu zakręcam i stawiam do góry dnem. Zostawiam na noc.
Próbowałam tej konfitury już następnego dnia... . Ona musi swoje odstać.... . Nabiera smaku i aromatu dopiero po kilku dniach... .
A najlepiej... schować i zapomnieć. Do zimy... . A zimą, w mroźny, śnieżny poranek przypomnieć sobie... otworzyć... i poczuć zapach lata... .
wtorek, 24 lipca 2012
Inny smak nalewki
O nalewkach i skąd się wzięły pisałam już kiedyś. I o mojej pomarańczówce też. Teraz nie jest czas w naszych szerokościach geograficznych na pomarańcze, dlatego dzisiaj będzie o naleweczce na owocach sezonowych.
Tyle, że ja taką nalewkę robię na owocach mrożonych.
Do czterolitrowego słoja wrzucam jeden kilogram owoców mrożonych (tzw. mieszanka kompotowa). Zasypuję 3/4 szklanką cukru. Odstawiam na jeden dzień w ciepłe miejsce. Lub... po prostu zostawiam w kuchni, w kąciku... .
Następnego dnia dolewam pół szklanki syropu wieloowocowego. Delikatnie mieszam, zakręcam i odstawiam na jeden dzień.
Kolejnego dnia wlewam dwa litry wódki. Znowu delikatnie mieszam drewnianą łyżką, zakręcam, odstawiam na co najmniej tydzień... nie zapominając o codziennym przemieszaniu.
Jutro będzie ten rzeczony tydzień, więc naleweczkę przez sitko zleję do butelek, zakorkuję i odstawię w ciemne, chłodne miejsce.
A kiedy będę chciała kogoś uraczyć moją nalewką, przeleję zawartość butelki do karafki. Sama też nie omieszkam spróbować... .
Tyle, że ja taką nalewkę robię na owocach mrożonych.
Do czterolitrowego słoja wrzucam jeden kilogram owoców mrożonych (tzw. mieszanka kompotowa). Zasypuję 3/4 szklanką cukru. Odstawiam na jeden dzień w ciepłe miejsce. Lub... po prostu zostawiam w kuchni, w kąciku... .
Następnego dnia dolewam pół szklanki syropu wieloowocowego. Delikatnie mieszam, zakręcam i odstawiam na jeden dzień.
Kolejnego dnia wlewam dwa litry wódki. Znowu delikatnie mieszam drewnianą łyżką, zakręcam, odstawiam na co najmniej tydzień... nie zapominając o codziennym przemieszaniu.
Jutro będzie ten rzeczony tydzień, więc naleweczkę przez sitko zleję do butelek, zakorkuję i odstawię w ciemne, chłodne miejsce.
A kiedy będę chciała kogoś uraczyć moją nalewką, przeleję zawartość butelki do karafki. Sama też nie omieszkam spróbować... .
sobota, 30 czerwca 2012
Ciasto "pleśniakiem" zwane po mojemu
Niedawno usłyszałam od mojego starszego syna zarzut, że ciągle piekę to samo. Miał na myśli "słodkości". No tak, w kółko ciasto cytrynowe, albo jakaś wariacja z rodzynkami i bakaliami, piernik lub keks, w najlepszym wypadku sernik... .
- Mamo, zróbmy coś innego. Pomogę Ci.
Z pomocą oferował się dlatego, ponieważ mam problem z zagniataniem ciasta. Wypadek sprzed kilku lat... .
Zajrzałam do przepastnych karteluszek, karteczek, zapisków (w końcu muszę je kiedyś uporządkować, spisać jakąś książkę kucharską...) i znalazłam owego "pleśniaka". Nazwa mi się nie podoba... . Ale trudno.
Zmieniłam nieco składniki - w przepisie było więcej cukru, na moje oko - za dużo.
Poniżej krok po kroku:
Dwie szklanki mąki, wymieszane z jedną, czubatą łyżeczką proszku do pieczenia, mieszam połową szklanki cukru oraz z kostką masła (podobno może być też i margaryna - ja nie używam takich "wynalazków", jak szaleć, to szaleć) oraz czterema żółtkami. Zagniatam ciasto.
Kiedy ciasto jest już gładkie a cukier nie chrupie, dzielę ciasto na trzy części.
Tę jedną nieco większą częścią wylepiam prostokątną blaszkę.
Ciasto smaruję konfiturą/dżemem. Ja posmarowałam moim ostatnim dziełem - dżemem truskawkowym.
Drugą część ciasta mieszam z półtorej łyżeczki kakao i ścierając na tarce na najgrubszych oczkach - robię ciemną kruszonkę.
Białka - z czterech jajek - ubijam z połową szklanki cukru.
Uzyskaną pianę wylewam na ciemną kruszonkę.
Ostatnią, trzecią część ciasta - również ścieram posypując pianę.
Ciasto piekę około 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 190 st.C.
Podobno po wyjęciu można posypać cukrem pudrem... . Dla mnie - za dużo już słodyczy.
"Pleśniaka" wpisuję do mojego stałego repertuaru.
Łatwy, szybki i przyjemny. Przyjemnie się go je. :-)
- Mamo, zróbmy coś innego. Pomogę Ci.
Z pomocą oferował się dlatego, ponieważ mam problem z zagniataniem ciasta. Wypadek sprzed kilku lat... .
Zajrzałam do przepastnych karteluszek, karteczek, zapisków (w końcu muszę je kiedyś uporządkować, spisać jakąś książkę kucharską...) i znalazłam owego "pleśniaka". Nazwa mi się nie podoba... . Ale trudno.
Zmieniłam nieco składniki - w przepisie było więcej cukru, na moje oko - za dużo.
Poniżej krok po kroku:
Dwie szklanki mąki, wymieszane z jedną, czubatą łyżeczką proszku do pieczenia, mieszam połową szklanki cukru oraz z kostką masła (podobno może być też i margaryna - ja nie używam takich "wynalazków", jak szaleć, to szaleć) oraz czterema żółtkami. Zagniatam ciasto.
Kiedy ciasto jest już gładkie a cukier nie chrupie, dzielę ciasto na trzy części.
Tę jedną nieco większą częścią wylepiam prostokątną blaszkę.
Ciasto smaruję konfiturą/dżemem. Ja posmarowałam moim ostatnim dziełem - dżemem truskawkowym.
Drugą część ciasta mieszam z półtorej łyżeczki kakao i ścierając na tarce na najgrubszych oczkach - robię ciemną kruszonkę.
Białka - z czterech jajek - ubijam z połową szklanki cukru.
Uzyskaną pianę wylewam na ciemną kruszonkę.
Ostatnią, trzecią część ciasta - również ścieram posypując pianę.
Ciasto piekę około 50 minut w piekarniku rozgrzanym do 190 st.C.
Podobno po wyjęciu można posypać cukrem pudrem... . Dla mnie - za dużo już słodyczy.
"Pleśniaka" wpisuję do mojego stałego repertuaru.
Łatwy, szybki i przyjemny. Przyjemnie się go je. :-)
wtorek, 29 maja 2012
Szczawiowa po mojemu
Dawno nie było wpisu kulinarnego. I właśnie nadarza się doskonała okazja, bowiem wczoraj na obiad podałam (między innymi) zupę szczawiową. I nic w tym dziwnego nie byłoby, gdyby nie to, że musiałam zmodernizować nieco przepis. Powód? Prosty: moi synowie, a szczególnie starszy nie przepada za takimi zupami.
Tak więc poniżej produkty potrzebne do zupy:
dwa pęczki szczawiu,
jeden pęczek młodej włoszczyzny,
kostki rosołowe, wegetta,
łyzeczka chrzanu,
ok. 30 dag startego żółtego sera,
śmietana 12 proc.
pieprz kolorowy.
Włoszczyznę młodą obieram i kroje na drobno razem z liśćmi pora i pietruszki.
Szczaw po dokładnym umyciu kroję na drobne paseczki.
Wszystko zalewam wodą i gotuję. Dodaję dwie kostki rosołowe, nieco wegetty, mielę pieprz kolorowy.
Gotuję około dwudziestu minut, dodaję łyżeczkę tartego chrzanu i zasypuję startym na dużych oczkach serem żółtym.
Gotuję jeszcze około 10 minut.
Doprawiam śmietaną (bez mąki!).
Zupy nie miksuję ani też nie przelewam przez sito. Podaję taką, jaka jest.
Na dno talerzy układam tradycyjnie pokrojone na ćwiartki jajko ugotowane na twardo, zalewam zupą... .
Zjedzona! Podobno była pyszna... .
Tak więc poniżej produkty potrzebne do zupy:
dwa pęczki szczawiu,
jeden pęczek młodej włoszczyzny,
kostki rosołowe, wegetta,
łyzeczka chrzanu,
ok. 30 dag startego żółtego sera,
śmietana 12 proc.
pieprz kolorowy.
Włoszczyznę młodą obieram i kroje na drobno razem z liśćmi pora i pietruszki.
Szczaw po dokładnym umyciu kroję na drobne paseczki.
Wszystko zalewam wodą i gotuję. Dodaję dwie kostki rosołowe, nieco wegetty, mielę pieprz kolorowy.
Gotuję około dwudziestu minut, dodaję łyżeczkę tartego chrzanu i zasypuję startym na dużych oczkach serem żółtym.
Gotuję jeszcze około 10 minut.
Doprawiam śmietaną (bez mąki!).
Zupy nie miksuję ani też nie przelewam przez sito. Podaję taką, jaka jest.
Na dno talerzy układam tradycyjnie pokrojone na ćwiartki jajko ugotowane na twardo, zalewam zupą... .
Zjedzona! Podobno była pyszna... .
czwartek, 1 grudnia 2011
Gorzkie ze słodkich czyli konfitura po angielsku
Tym razem chyba jednak moja ukochana mama byłaby ze mnie dumna. Ona rzadko kiedy robiła przetwory. Pamiętam tylko Jej słynną dynię w occie. No i oczywiście jesienne grzybki marynowane... . Ale nie przypominam sobie, aby robiła dżemy, konfitury... . A ja - tak. Przedwczoraj nabyłam 10 kg pomarańczy i postanowiłam zrobić z nich konfiturę. Jak postanowiłam - tak uczyniłam. Wyszło 16 słoików półlitrowych... . Ale ten smak niebiański... .
Konfitura pomarańczowa z założenia miała być angielska. Czyli słodko-gorzka. W Anglii mają łatwiej w tej materii, bo taką konfiturę robią ze specjalnych, gorzkich pomarańczy. Ja w naszym pięknym kraju z takowymi się jeszcze nie spotkałam. Pojechałam na giełdę i kupiłam zwykłe (jeśli mogę tak określić pomarańcze). Przewertowałam internet w poszukiwaniu odpowiedniego opisu i nie natrafiłam na taki, jakiego oczekiwałam. Puściłam wodze fantazji... .
Już wieczorem słoik z "resztówką" został otwarty i spróbowaliśmy. Istne małmazyje. Udało mi się osiągnąć smak sweet-bitter. Pomyślałam, że może przepis zachowam dla następnych pokoleń, aby przyszłe żony moich synów przekazywały ten przepis kobietom w następnych pokoleniach... . Ale, że na razie na horyzoncie kandydatek takowych nie widać, przepis podaję poniżej ku uciesze, mam nadzieję, szerszej publiczności:
Tak, jak wcześniej napisałam: 10 kilogramów pomarańczy w miarę możliwości bezpestkowych - takich z dość grubą skórą - obrałam, nie usuwając białego miąższu, pokroiłam w drobną kostkę - i do gara. Te 10 kg zasypałam 3 kg cukru. Tylko. Wszak miały być słodko-gorzkie. Wycisnęłam sok z 6-ciu limonek, z 4-ech otarłam skórkę i wrzuciłam do pomarańczy. Dodałam... odrobinę chilli. Ale dosłownie - odrobinę, tak na koniec noża. I wszystko dusiłam na małym tylko, "pyrkającym ogniu" przez około dwie godziny. Co chwilę zaglądając i mieszając. No, a potem, to szybciutko do wyparzonych uprzednio słoików, mocno zakręcić i postawić "do góry nogami". I poczekać aż wystygnie... . Z tym czekaniem, to było ciężko.... .
Konfitura pomarańczowa z założenia miała być angielska. Czyli słodko-gorzka. W Anglii mają łatwiej w tej materii, bo taką konfiturę robią ze specjalnych, gorzkich pomarańczy. Ja w naszym pięknym kraju z takowymi się jeszcze nie spotkałam. Pojechałam na giełdę i kupiłam zwykłe (jeśli mogę tak określić pomarańcze). Przewertowałam internet w poszukiwaniu odpowiedniego opisu i nie natrafiłam na taki, jakiego oczekiwałam. Puściłam wodze fantazji... .
Już wieczorem słoik z "resztówką" został otwarty i spróbowaliśmy. Istne małmazyje. Udało mi się osiągnąć smak sweet-bitter. Pomyślałam, że może przepis zachowam dla następnych pokoleń, aby przyszłe żony moich synów przekazywały ten przepis kobietom w następnych pokoleniach... . Ale, że na razie na horyzoncie kandydatek takowych nie widać, przepis podaję poniżej ku uciesze, mam nadzieję, szerszej publiczności:
Tak, jak wcześniej napisałam: 10 kilogramów pomarańczy w miarę możliwości bezpestkowych - takich z dość grubą skórą - obrałam, nie usuwając białego miąższu, pokroiłam w drobną kostkę - i do gara. Te 10 kg zasypałam 3 kg cukru. Tylko. Wszak miały być słodko-gorzkie. Wycisnęłam sok z 6-ciu limonek, z 4-ech otarłam skórkę i wrzuciłam do pomarańczy. Dodałam... odrobinę chilli. Ale dosłownie - odrobinę, tak na koniec noża. I wszystko dusiłam na małym tylko, "pyrkającym ogniu" przez około dwie godziny. Co chwilę zaglądając i mieszając. No, a potem, to szybciutko do wyparzonych uprzednio słoików, mocno zakręcić i postawić "do góry nogami". I poczekać aż wystygnie... . Z tym czekaniem, to było ciężko.... .
niedziela, 27 listopada 2011
Zwykły gnieciulec
Moja ukochana mama pewnie by mnie wyśmiała, jako że, jak już piekła "coś do kawy", to musiał to być majstersztyk. A piekła rzadko. Ale, jak już upiekła... to palce lizać.
A ja piekę bardzo często, bo moi faceci, a w szczególności moja lepsza połowa nie lubi "gotowców" z cukierni.
No i wczoraj, chyba trochę z nadmiaru wolnego czasu, zakręciłam gnieciulca, który nie był gnieciony, a zakręcony właśnie. Poniosła mnie trochę fantazja. A oto, jak go robiłam:
pięć jaj ubiłam z połową szklanki cukru. Do tego dosypałam dwie szklanki mąki pszennej wymieszanej z dwiema łyżeczkami proszku do pieczenia. W dalszym ciągu miksując dolałam pół szklanki oliwy (oliwa z pestek winogron), dalej 1/5 szklanki kawy (zrobioną z trzech łyżeczek kawy rozpuszczalnej), pół buteleczki aromatu rumowego. Dosypałam nieco mielonego cynamonu. Na koniec dodałam trzy jabłka obrane i pokrojone w drobne płatki uprzednio wymieszane z cynamonem. Po dodaniu jabłek ciasto wymieszałam drewnianą łyżką, delikatnie, aby nie "rozwalić" jabłek. Na koniec dodałam nieco rodzynek.
Ciasto przelałam do formy "babkowej" z "kominem" oczywiście uprzednio wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. I do piekarnika rozgrzanego do 190 st.C na około godzinę.
Następnym razem, zamiast kawy rozpuszczalnej, spróbuję z kakao.
Już wczoraj wieczorem oczywiście gnieciulec był próbowany, no a dzisiaj do kawy... . I dlatego nie wklejam zdjęcia... .Nie zdążyłam zrobić... .
A ja piekę bardzo często, bo moi faceci, a w szczególności moja lepsza połowa nie lubi "gotowców" z cukierni.
No i wczoraj, chyba trochę z nadmiaru wolnego czasu, zakręciłam gnieciulca, który nie był gnieciony, a zakręcony właśnie. Poniosła mnie trochę fantazja. A oto, jak go robiłam:
pięć jaj ubiłam z połową szklanki cukru. Do tego dosypałam dwie szklanki mąki pszennej wymieszanej z dwiema łyżeczkami proszku do pieczenia. W dalszym ciągu miksując dolałam pół szklanki oliwy (oliwa z pestek winogron), dalej 1/5 szklanki kawy (zrobioną z trzech łyżeczek kawy rozpuszczalnej), pół buteleczki aromatu rumowego. Dosypałam nieco mielonego cynamonu. Na koniec dodałam trzy jabłka obrane i pokrojone w drobne płatki uprzednio wymieszane z cynamonem. Po dodaniu jabłek ciasto wymieszałam drewnianą łyżką, delikatnie, aby nie "rozwalić" jabłek. Na koniec dodałam nieco rodzynek.
Ciasto przelałam do formy "babkowej" z "kominem" oczywiście uprzednio wysmarowanej masłem i posypanej bułką tartą. I do piekarnika rozgrzanego do 190 st.C na około godzinę.
Następnym razem, zamiast kawy rozpuszczalnej, spróbuję z kakao.
Już wczoraj wieczorem oczywiście gnieciulec był próbowany, no a dzisiaj do kawy... . I dlatego nie wklejam zdjęcia... .Nie zdążyłam zrobić... .
wtorek, 19 lipca 2011
Beziki
Dwa razy pod rząd, w ciągu kilku ostatnich dni, piekłam kruchy placek ze śliwkami.
Zostały białka. Ilekroć otwierałam lodówkę, zerkały smutnym, szklistym, białym okiem na mnie. W latach zamierzchłych pamiętam, robiłam z moją ukochaną mamą ciasteczka bezowe. Zbierałyśmy białka z kilku dni, a później ubijałyśmy. Każda ubijała swoją porcję na dużym półmisku - widelcem. Całe mnóstwo zabawy miałyśmy przy tym. A ile czasu to zabierało... .
Przypomniał mi się smak tych bezików... .
I zrobiłam: 6 białek ubiłam na oczywiście sztywną pianę, dodając do nich około 3/4 szklanki cukru, pod koniec ubijania dodałam jeszcze trochę cynamonu. Uwielbiam cynamon... . Oprócz cudownego smaku i aromatu, dodał oczywiście piękny kolor.
Łyżką nakładałam podłużne kupki, a'la cepeliny, na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. I piekłam, a raczej suszyłam ciasteczka przez 50 minut w temperaturze 125 st.C.
Pachnie przecudnie... . Właśnie stygną... .
Zostały białka. Ilekroć otwierałam lodówkę, zerkały smutnym, szklistym, białym okiem na mnie. W latach zamierzchłych pamiętam, robiłam z moją ukochaną mamą ciasteczka bezowe. Zbierałyśmy białka z kilku dni, a później ubijałyśmy. Każda ubijała swoją porcję na dużym półmisku - widelcem. Całe mnóstwo zabawy miałyśmy przy tym. A ile czasu to zabierało... .
Przypomniał mi się smak tych bezików... .
I zrobiłam: 6 białek ubiłam na oczywiście sztywną pianę, dodając do nich około 3/4 szklanki cukru, pod koniec ubijania dodałam jeszcze trochę cynamonu. Uwielbiam cynamon... . Oprócz cudownego smaku i aromatu, dodał oczywiście piękny kolor.
Łyżką nakładałam podłużne kupki, a'la cepeliny, na wyłożoną papierem do pieczenia blachę. I piekłam, a raczej suszyłam ciasteczka przez 50 minut w temperaturze 125 st.C.
Pachnie przecudnie... . Właśnie stygną... .
niedziela, 26 czerwca 2011
Małe, słone...
Jeszcze miesiąc temu, trochę się bałam... . Chociaż, rozsądek mówił, że jeśli przestrzega się zasady higieny, to można bez obaw... .
Z przetworów "do słoika" moja kochana mama robiła każdego roku borówki, w niektórych rejonach naszego kraju nazywane brusznicami (o tę nazwę od wieków prowadzę "wojnę" z moją lepszą połową) z jabłkami lub gruszkami i czasami, kiedy ją bardzo długo prosiłam, dynię. Bardzo, bardzo rzadko marynowała ogórki.
A o nich dzisiaj będzie rzecz... .
Uwielbiam ogórki pod każdą postacią. I te długie, z których najczęściej przygotowuję mizerię, ale przede wszystkim te krótkie, zieloniutkie, jędrne, chropowate, te gruntowe. Pod każdą postacią: świeże, marynowane, małosolne lub tzw. konserwowe.
Kiedy w tym roku przyszedł czas na pierwsze gruntowe ogórki, okropna "zaraza" odstraszyła mnie od kupna. "Zaraza" jak to "zaraza", pobyła, postraszyła dzięki mediom, jak zwykle i... poszła w niepamięć. Lekki strach, a raczej obawa, pozostała... .
Ale dwa dni temu, nie wytrzymałam. Kupiłam i "nastawiłam" na małosolne.
I nie ma możliwości, żeby wyszły "kapciowate" lub choćby miękkie. Moje są zawsze twarde, jędrne - słowem: niebo w gębie... .
Dwa kilo małych, zielonych, świeżych ogórków umyłam bardzo dokładnie pod bieżącą wodą. Moje ogórki małosolne robię bardzo prosto, bez specjalnych dodatków:
Na jeden kilogram ogórków potrzebuję jedną sporą wiązkę "starego" kopru (lub, jeśli jeszcze go nie ma - dwie wiązki młodego) oraz co najmniej 1 główkę czosnku polskiego, tego fioletowego.
W szklanym słoju (lub glinianym garnku, albo po prostu, w garnku ze stali nierdzewnej) układam na dnie trochę kopru i kawałek korzenia chrzanu. Na to układam rzeczone ogórki. Pomiędzy ogórki wkładam obrane ząbki czosnku. I następną warstwę kopru... . Ważne, aby na górze, ogórki były przykryte koprem.
Zalewam letnią, przegotowaną wodą z solą w proporcji: 1 łyżka stołowa soli na 1 litr wody.
Na wierzchy kładę talerzyk, lub małą przykrywkę, obciążam "czymś" i odstawiam... .
Ciężko... . Zapach ogórków roznosi się najpierw po całej kuchni, potem dalej... .
Wytrzymujemy do dnia następnego. Ale już wczesnym popołudniem słyszę nieśmiałe pytanie jednego z domowników:
- Jak myślisz, te ogórki to już?...
- Nie wiem, chyba trzeba spróbować... .
No i... po ogórkach. :-)
Z przetworów "do słoika" moja kochana mama robiła każdego roku borówki, w niektórych rejonach naszego kraju nazywane brusznicami (o tę nazwę od wieków prowadzę "wojnę" z moją lepszą połową) z jabłkami lub gruszkami i czasami, kiedy ją bardzo długo prosiłam, dynię. Bardzo, bardzo rzadko marynowała ogórki.
A o nich dzisiaj będzie rzecz... .
Uwielbiam ogórki pod każdą postacią. I te długie, z których najczęściej przygotowuję mizerię, ale przede wszystkim te krótkie, zieloniutkie, jędrne, chropowate, te gruntowe. Pod każdą postacią: świeże, marynowane, małosolne lub tzw. konserwowe.
Kiedy w tym roku przyszedł czas na pierwsze gruntowe ogórki, okropna "zaraza" odstraszyła mnie od kupna. "Zaraza" jak to "zaraza", pobyła, postraszyła dzięki mediom, jak zwykle i... poszła w niepamięć. Lekki strach, a raczej obawa, pozostała... .
Ale dwa dni temu, nie wytrzymałam. Kupiłam i "nastawiłam" na małosolne.
I nie ma możliwości, żeby wyszły "kapciowate" lub choćby miękkie. Moje są zawsze twarde, jędrne - słowem: niebo w gębie... .
Dwa kilo małych, zielonych, świeżych ogórków umyłam bardzo dokładnie pod bieżącą wodą. Moje ogórki małosolne robię bardzo prosto, bez specjalnych dodatków:
Na jeden kilogram ogórków potrzebuję jedną sporą wiązkę "starego" kopru (lub, jeśli jeszcze go nie ma - dwie wiązki młodego) oraz co najmniej 1 główkę czosnku polskiego, tego fioletowego.
W szklanym słoju (lub glinianym garnku, albo po prostu, w garnku ze stali nierdzewnej) układam na dnie trochę kopru i kawałek korzenia chrzanu. Na to układam rzeczone ogórki. Pomiędzy ogórki wkładam obrane ząbki czosnku. I następną warstwę kopru... . Ważne, aby na górze, ogórki były przykryte koprem.
Zalewam letnią, przegotowaną wodą z solą w proporcji: 1 łyżka stołowa soli na 1 litr wody.
Na wierzchy kładę talerzyk, lub małą przykrywkę, obciążam "czymś" i odstawiam... .
Ciężko... . Zapach ogórków roznosi się najpierw po całej kuchni, potem dalej... .
Wytrzymujemy do dnia następnego. Ale już wczesnym popołudniem słyszę nieśmiałe pytanie jednego z domowników:
- Jak myślisz, te ogórki to już?...
- Nie wiem, chyba trzeba spróbować... .
No i... po ogórkach. :-)
wtorek, 31 maja 2011
Nie kijem go, to pałką... czyli i tak będziecie jeść kapustę
Tytuł może wydawać się dziwnym, ale już spieszę z wytłumaczeniem.
Nowalijek czas przyszedł, a prym wśród nich wiedzie młoda kapusta. Starsza część mojej rodziny (czyli moja lepsza połowa i ja) bardzo lubimy ja gotowaną, z odrobiną masła i całą masą kopru. Młodsze towarzystwo (czyli synowie) za kapustą gotowaną nie przepadają. Trochę są już za duzi, abym stała nad jednym czy drugim, jak kat nad dobrą duszą i zmuszała: zjedz jeszcze za mamusię, za tatusia... a jak wszyscy członkowie rodziny tudzież "wszyscy krewni królika" zostaną wykorzystani do niecnego czynu, abym przywoływała z pamięci pieski, kotki i kanarki.
Tak więc leżała przede mną piękna, dorodna, świeża główka kapusty. I pytanie: co zrobić, żeby panowie młodsi ją zjedli. Tę skarbnicę witamin C, B1, B2, B6, jak również magnezu, potasu, sodu, wapnia, żelaza, jodu, karotenów, kwasu foliowego, szczawiowego i pantotenowego. Dodam, że kapusta pochodzi z rejonu Morze Śródziemnego, a do Polski dotarła przed wiekami i... została.
Ugotować, nie ugotować? Nie ugotować.
Zrobiłam sałatkę surówkę z młodej kapusty:
Kapustę porządnie umyłam, poszatkowałam. Dla "koloru", starłam na dużych oczkach kilka młodych marchewek. Sos vinegrette (mój trochę zmieniony przepis): oliwa (ja preferuję oliwę z pestek winogron, bo nie pachnie, jeśli komuś nie przeszkadza zapach, można użyć virgin oil), ocet (winny lub jabłkowy lub acetto balsamico), przyprawa "czosnek staropolski" (uwaga - jest z solą), sól, pieprz, musztarda.
Wszystko delikatnie, acz stanowczo wymieszałam.
Surówkę podałam od razu, żeby nie "oklapnęła".
I zwyciężyłam. Zjedli. I smakowało im.
Nowalijek czas przyszedł, a prym wśród nich wiedzie młoda kapusta. Starsza część mojej rodziny (czyli moja lepsza połowa i ja) bardzo lubimy ja gotowaną, z odrobiną masła i całą masą kopru. Młodsze towarzystwo (czyli synowie) za kapustą gotowaną nie przepadają. Trochę są już za duzi, abym stała nad jednym czy drugim, jak kat nad dobrą duszą i zmuszała: zjedz jeszcze za mamusię, za tatusia... a jak wszyscy członkowie rodziny tudzież "wszyscy krewni królika" zostaną wykorzystani do niecnego czynu, abym przywoływała z pamięci pieski, kotki i kanarki.
Tak więc leżała przede mną piękna, dorodna, świeża główka kapusty. I pytanie: co zrobić, żeby panowie młodsi ją zjedli. Tę skarbnicę witamin C, B1, B2, B6, jak również magnezu, potasu, sodu, wapnia, żelaza, jodu, karotenów, kwasu foliowego, szczawiowego i pantotenowego. Dodam, że kapusta pochodzi z rejonu Morze Śródziemnego, a do Polski dotarła przed wiekami i... została.
Ugotować, nie ugotować? Nie ugotować.
Zrobiłam sałatkę surówkę z młodej kapusty:
Kapustę porządnie umyłam, poszatkowałam. Dla "koloru", starłam na dużych oczkach kilka młodych marchewek. Sos vinegrette (mój trochę zmieniony przepis): oliwa (ja preferuję oliwę z pestek winogron, bo nie pachnie, jeśli komuś nie przeszkadza zapach, można użyć virgin oil), ocet (winny lub jabłkowy lub acetto balsamico), przyprawa "czosnek staropolski" (uwaga - jest z solą), sól, pieprz, musztarda.
Wszystko delikatnie, acz stanowczo wymieszałam.
Surówkę podałam od razu, żeby nie "oklapnęła".
I zwyciężyłam. Zjedli. I smakowało im.
środa, 12 stycznia 2011
Mule przed wiosną
Od trzech dni temperatura na dworze jest delikatnie dodatnia. Śnieg się topi, słońce bardzo nieśmiało uśmiecha się i zapowiada, że niedługo, to ono będzie bardziej... .
Już zapragnęłam więcej tego słońca i więcej ciepła i zamarzyły mi się klimaty śródziemnomorskie. A jeśli już tamte tereny, to i kuchnia. I frutti di mare.
Pamiętam, lata temu, będąc z moją rodziną na wakacjach, w gronie znajomych "warzyliśmy" mule, po czym zjadaliśmy je z wielkim smakiem. Pozostały po gotowaniu sód, co po niektórzy, z wielkim ukontentowaniem, wypijali do dna.
Od tamtego czasu minęły lata świetlne, ale czasami moja lepsza połowa takie cudowności "wyprawia".
Mule, czyli po polsku omułki, to małże występujące w wodach przybrzeżnych.
Podczas kupna należy zwrócić uwagę, aby muszle były szczelnie zamknięte. Nie wolno ich przechowywać w wodzie, bo muszle się pootwierają.
Przygotowanie: zagotować rosół instant w ilości takiej, aby po wrzuceniu, muszle były całkowicie przykryte. Do rosołu dodać główkę czosnku obranego i pokrojonego, 4 - 5 cebul pokrojonych w piórka. Gdy cebula będzie miękka, wlać białe, wytrawne wino w ilości rosołu. Zagotować. Wrzucić do wrzątku muszle. Gotować kilka minut, aż się otworzą. Wyjmować łyżką cedzakową.
Do spożycia nadają się tylko te muszle, które się otworzyły.
Jemy je rękoma. Jedna połówka muszli służy nam jako łyżeczka do podważania miąższu. Popijamy schłodzonym, białym, wytrawnym... .
Już zapragnęłam więcej tego słońca i więcej ciepła i zamarzyły mi się klimaty śródziemnomorskie. A jeśli już tamte tereny, to i kuchnia. I frutti di mare.
Pamiętam, lata temu, będąc z moją rodziną na wakacjach, w gronie znajomych "warzyliśmy" mule, po czym zjadaliśmy je z wielkim smakiem. Pozostały po gotowaniu sód, co po niektórzy, z wielkim ukontentowaniem, wypijali do dna.
Od tamtego czasu minęły lata świetlne, ale czasami moja lepsza połowa takie cudowności "wyprawia".
Mule, czyli po polsku omułki, to małże występujące w wodach przybrzeżnych.
Podczas kupna należy zwrócić uwagę, aby muszle były szczelnie zamknięte. Nie wolno ich przechowywać w wodzie, bo muszle się pootwierają.
Przygotowanie: zagotować rosół instant w ilości takiej, aby po wrzuceniu, muszle były całkowicie przykryte. Do rosołu dodać główkę czosnku obranego i pokrojonego, 4 - 5 cebul pokrojonych w piórka. Gdy cebula będzie miękka, wlać białe, wytrawne wino w ilości rosołu. Zagotować. Wrzucić do wrzątku muszle. Gotować kilka minut, aż się otworzą. Wyjmować łyżką cedzakową.
Do spożycia nadają się tylko te muszle, które się otworzyły.
Jemy je rękoma. Jedna połówka muszli służy nam jako łyżeczka do podważania miąższu. Popijamy schłodzonym, białym, wytrawnym... .
środa, 15 grudnia 2010
Smak nalewki
Jeden raz w roku, na imieniny mojego kochanego taty (mamy imieniny "wypadały" podczas wakacji - nie obchodziła ich hucznie, bo goście najczęściej byli na urlopach), mama robiła nalewkę, można rzec, ekspresową. Kilka dni przed świętowaniem, wódkę zalewała syropem pomarańczowym (wtedy dostępnym tylko w Pewexach). Odstawiała w zaciemnione miejsce, dwa razy dziennie delikatnie wstrząsając butelką. Jaka była proporcja syropu do wódki? Nie mam pojęcia. Ale wydaje mi się, że to było tak "na oko" wlewane.
Nalewki znane są już od czasów Hipokratesa. Wszak Hipokras to mieszanka wina, miodu i przyraw.
W nalewkach bardziej liczy się smak niż procenty. Dlatego jest ulubionym napojem pań. Wspaniale pasują do babskich pogaduszek, pite małymi łyczkami. Muszą być koniecznie aromatyczne, aby można było się nimi delektować.
Oprócz walorów smakowych mają również działanie lecznicze, o czym przekonano się w czasach Henryka Walezego.
Nalewki można ogólnie podzielić na owocowe, ziołowe, korzenne i miodowe.
Najwyższa pora na przygotowanie szybkiej (ale nie tak szybkiej, jak mojej ukochanej mamy) nalewki pomarańczowej. Przepis przez lata był przeze mnie udoskonalany, smak osiągnęłam pożądany, a czynię tę nalewkę tak:
Do dużego słoja wrzucam dwa kilogramy obranych pomarańczy (również wypestkowanych), pokrojonych w małe kawałki. Zasypuję szklanką cukru, szczelnie zamykam i odstawiam w ciepłe, ale ciemne miejsce na jeden dzień.
Od czasu do czasu delikatnie mieszam (drewnianą łyżką).
Następnego dnia wlewam pół szklanki syropu pomarańczowego. Mieszam, zakręcam, odstawiam znowu na jeden dzień.
Kolejnego dnia wlewam półtora litra dobrej wódki (jeśli to ma być wersja "męska" - to litr spirytusu i pół litra wódki) i odstawiam na 5 dni. Dwa, trzy razy dziennie delikatnie wstrząsam.
Cały proces trwa tydzień. Po tym czasie nalewkę rozlewam do butelek przez lejek i bardzo gęste sitko. Nalewkę podaję w karafce, serwując w małych kieliszkach.
Gdyby ją teraz "nastawić", to na Święta - jak znalazł.
Nalewki znane są już od czasów Hipokratesa. Wszak Hipokras to mieszanka wina, miodu i przyraw.
W nalewkach bardziej liczy się smak niż procenty. Dlatego jest ulubionym napojem pań. Wspaniale pasują do babskich pogaduszek, pite małymi łyczkami. Muszą być koniecznie aromatyczne, aby można było się nimi delektować.
Oprócz walorów smakowych mają również działanie lecznicze, o czym przekonano się w czasach Henryka Walezego.
Nalewki można ogólnie podzielić na owocowe, ziołowe, korzenne i miodowe.
Najwyższa pora na przygotowanie szybkiej (ale nie tak szybkiej, jak mojej ukochanej mamy) nalewki pomarańczowej. Przepis przez lata był przeze mnie udoskonalany, smak osiągnęłam pożądany, a czynię tę nalewkę tak:
Do dużego słoja wrzucam dwa kilogramy obranych pomarańczy (również wypestkowanych), pokrojonych w małe kawałki. Zasypuję szklanką cukru, szczelnie zamykam i odstawiam w ciepłe, ale ciemne miejsce na jeden dzień.
Od czasu do czasu delikatnie mieszam (drewnianą łyżką).
Następnego dnia wlewam pół szklanki syropu pomarańczowego. Mieszam, zakręcam, odstawiam znowu na jeden dzień.
Kolejnego dnia wlewam półtora litra dobrej wódki (jeśli to ma być wersja "męska" - to litr spirytusu i pół litra wódki) i odstawiam na 5 dni. Dwa, trzy razy dziennie delikatnie wstrząsam.
Cały proces trwa tydzień. Po tym czasie nalewkę rozlewam do butelek przez lejek i bardzo gęste sitko. Nalewkę podaję w karafce, serwując w małych kieliszkach.
Gdyby ją teraz "nastawić", to na Święta - jak znalazł.
poniedziałek, 8 listopada 2010
Ciasto jogurtowe po mojemu
Ile czasu można piec to samo? Ostatnio wciąż był piernik "na tapecie". W sobotnie popołudnie przeglądnęłam moje przepisy, które to spisuję od wielu, wielu lat. I doznałam niemalże olśnienia: tak! Ciasto jogurtowe.
Moja ukochana mama nigdy, ale to przenigdy nie piekła ciast, do których dodaje się proszek do pieczenia. Ciasto musiało być drożdżowe.
Mnie, wstyd się przyznać, drożdże, ich zapach, przyprawiają o "instynkt wymiotny". Chociaż, produkt finalny, nie powiem, nie powiem... zjem z przyjemnością.
Ciasto jogurtowe (a może placek, czy też babka), najlepiej smakuje dnia następnego. O czym się dzisiaj, podając do południowej kawy, przekonałam.
Przepis:
4 jajka ucieram ze szklanką cukru i jednym małym opakowaniem cukru wanilinowego. Aż będzie prawie biała masa. Dodaję pół kostki rozpuszczonego i przestudzonego masła. W dalszym ciągu ucieram. Teraz wlewam jogurt naturalny - prawie cały duży pojemnik (ok. 250 ml). Znowu mieszam (wciąż mikserem). Dodaję kilka kropli esencji waniliowej (w zastępstwie może być migdałowa). Mieszam. W końcu powoli dosypuję 2 szklanki mąki wymieszane z dwiema łyżeczkami proszku do pieczenia. Tę masę przelewam do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (dla obrzydliwych: mąką) podłużnej foremki.
I do piekarnika rozgrzanego do 190 st., na 45 minut. Po tym czasie, patyczek powinien być suchy. U mnie - był.
Zostawiam do wystygnięcia. Z trudem... .
A kiedy jest już zupełnie zimny, wyciągnięty z foremki, resztki, które zostały, zawijam w folię. Następnego dnia jest naprawdę lepszy... .
Moja ukochana mama nigdy, ale to przenigdy nie piekła ciast, do których dodaje się proszek do pieczenia. Ciasto musiało być drożdżowe.
Mnie, wstyd się przyznać, drożdże, ich zapach, przyprawiają o "instynkt wymiotny". Chociaż, produkt finalny, nie powiem, nie powiem... zjem z przyjemnością.
Ciasto jogurtowe (a może placek, czy też babka), najlepiej smakuje dnia następnego. O czym się dzisiaj, podając do południowej kawy, przekonałam.
Przepis:
4 jajka ucieram ze szklanką cukru i jednym małym opakowaniem cukru wanilinowego. Aż będzie prawie biała masa. Dodaję pół kostki rozpuszczonego i przestudzonego masła. W dalszym ciągu ucieram. Teraz wlewam jogurt naturalny - prawie cały duży pojemnik (ok. 250 ml). Znowu mieszam (wciąż mikserem). Dodaję kilka kropli esencji waniliowej (w zastępstwie może być migdałowa). Mieszam. W końcu powoli dosypuję 2 szklanki mąki wymieszane z dwiema łyżeczkami proszku do pieczenia. Tę masę przelewam do wysmarowanej masłem i wysypanej bułką tartą (dla obrzydliwych: mąką) podłużnej foremki.
I do piekarnika rozgrzanego do 190 st., na 45 minut. Po tym czasie, patyczek powinien być suchy. U mnie - był.
Zostawiam do wystygnięcia. Z trudem... .
A kiedy jest już zupełnie zimny, wyciągnięty z foremki, resztki, które zostały, zawijam w folię. Następnego dnia jest naprawdę lepszy... .
Subskrybuj:
Posty (Atom)











